Listopad-grudzień 2023

Krzysztof Kolumb odkrywa Kubę w 1492, a ja dopiero w 2023. Moje „odkrycia” podzieliłem na dwie części lądowe i jedną morską. Tu skupię się na pierwszej lądowej. Kolejne pojawią się w:
Kuba, podróże poza Havanę – cz. 2 – Śladami Fidelów i Lanskich
Kuba – od Cayo do Cayo

Odwiedzone i opisane przeze mnie główne miejscowości i miejsca z lądu oraz z morza pokazałem na mapie tutaj>>

Lądowanie przy Havanie
Niewielki Port lotniczy José Martí w Hawanie wizytówką miasta to nie jest. I może na tym jednak zakończę wywód, nie pastwiąc się więcej nad tematem.

Zanim przejdziesz kontrolę paszportową, masz jeszcze obowiązek internetowego zarejestrowania się w tutejszym Ministerstwie Zdrowia i złożenia deklaracji celnej. Jeżeli zapomniałeś tego zrobić przed wylądowaniem w Havanie, to po zalogowaniu do lotniskowego WiFi, możesz to zrobić na miejscu poprzez swój telefon. Na moje wyczucie ponad 25% przyjezdnych (albo raczej „przylotnych”), nie miało gotowej deklaracji. Po 10 minutach wypełniania uzyskujesz kod QR na telefon. Po zeskanowaniu go do bazy danych „korpusu sanitarnego” przechodzisz do odprawy paszportowej.

Internetowa karta SIM
Za 6 GB danych i ileś minut rozmów na Kubie i kartę SIM od jedynego dostępnego państwowego operatora ETECSA  zapłaciłem na lotnisku (płatność tylko kartą) 34,99 USD (145,57 PLN). Późniejsze doładowanie już mniej mnie kosztowało, bo niecałe 24 USD (98,5 PLN) za 10 GB.
Wszystko odbywa się przez stronę SuenaCuba.
Tu przy okazji zaliczyłem pierwszego „zonka”, gdyż przy próbie płatności kartą Revolut za tego SIMa, karta płatnicza została zablokowana „ze względów bezpieczeństwa”. Udało mi się ją odblokować dopiero po opuszczeniu Kuby. Tak oto brutalnie dowiedziałem się o pierwszych płatniczych ograniczeniach na Kubie, nie jedynych jak się później okazało.

 Jeżeli chodzi zaś o nasze lokalne minuty rozmów, to faktycznie działały na całej Kubie, podczas gdy w jednym z lepszych hoteli przy Capitolu w Havanie  – Iberostar, okazało się, że ze swoich telefonów nie mogą zadzwonić do Varadero, aby zrobić nam rezerwację.  

Po zapłaceniu za kartę, jest ona rejestrowana na twój paszport w systemie. Potem podpisujesz ręcznie w zeszycie (nie „na zeszyt”) wypełnianą listę wydanych SIMów i już „śmigasz” zanim jeszcze nie wyjdziesz z lotniska.

Myślę, że zakup karty SIM „na lokalesa”, a nie „na turystę” byłby znacznie tańszy. Polecam zatem znaleźć takiego lokalesa-słupa.

Czy będzie boso przez Kubę?

Waluta
Na całej Kubie obowiązuje peso kubańskie, czyli „peso cubano”, w skrócie CUP. W zasadzie niemal wszędzie zapłacisz również gotówką w EUR lub USD (w Pewexach, o których później, tylko kartą), a czasami również kartą płatniczą i to nie każdą i nie wszędzie (hotele, turystyczne restauracje). Na wielu skrzyżowaniach można wymienić u „Cinkciarzy” swoje EUR lub USD.
Jeżeli za 1 EUR dostaniesz 250 CUP to będzie to uczciwy kurs. Tu jest on lepszy niż np. w kantorach, czy restauracjach lub barach hotelowych. Przykładowo, przelicznik w kawiarni Hotel Nacional de Cuba w Havanie wynosił 120 CUP (zamiast 250 CUP) za 1 EUR. Ochoczo zapłaciliśmy więc w EUR.

Przy wymianie EUR/USD na CUP szykuj się na torbę pieniędzy

Ograniczenia w serwisach internetowych
Wiele serwisów niestety (celowo) nie działa na Kubie, o czym bardzo szybko się przekonałem. W tym np. TikTok, Apple Store, Paypal, linki z pinezkami z Google maps (w tym ograniczona nawigacja), Revolut (zarówno strona jak i aplikacja). Trzeba by pewnie VPNa instalować. A może to również przez to, że mam SIMa „(na)turystę”.


La Habana
Droga taksówką z lotniska do centrum Havany zajmuje jakieś 0,5h. Uderzają puste ulice, szerokie na 3 pasy w jedną stronę z zadbaną zielenią i nawet równym asfaltem. Gorzej z tym „równym” było już w centrum.

Na początek, „dla klimatu”, spróbowaliśmy zakwaterowania w samym centrum, ale typowo, czyli prywatnie. Oficjalne pokoje na wynajem oznaczone są niebieskim znaczkiem w kształcie jakby „T”, ale z wygiętymi do środka poprzeczkami na górze i na dole (zdjęcia poniżej). Cóż, okolica pełna „klimatów”, ale idzie się przyzwyczaić (no, może nie wszystkim). Na nasze obejście, klatkę schodową jakby na razie funduszy nie starczyło. Na dole za drzwiami pompa elektryczna do pompowania wody do beczki do góry. Po co? Abyś wodę grawitacyjnie z beczki miał w kranie i toalecie. U nas nie zawsze była i nie zawsze ciepła. Pompa uruchamiana jest „przyłożeniem druta”, który w drugiej pozycji trzyma drzwi wejściowe na twoją klatkę. Klimatyzacja w pokojach jest. Braki finansowe powodują, że możesz nie mieć np. drzwi do toalety. Okna albo zamurowane, albo ich brak, a jak już wyjrzysz, to zobaczysz rumowisko dachów, kabli, suszarni, beczek z wodą, coś na kształt domostw, a nawet restauracji. Jeden z pokoi obok był wciąż w „odbudowie”. Obok mieliśmy mieszkających tu na stałe sąsiadów, których okna wychodziły na hall-studnię szerokości może 4 metrów, tak więc widzisz doskonale co tam się dzieje u sąsiadów na co dzień. Ten „hall” to powstał tu chyba przez połączenie dwóch budynków, pomiędzy zewnętrznymi ścianami, wzdłuż których puszczono schody na piętro do nas.

Przydziałowo otrzymujesz jedną rolkę papieru toaletowego do dyspozycji i nie zapowiada się, abyś dostał kolejną, niezależnie od czasu twojego pobytu lub ilości osób w pokoju. Deski klozetowej brak, bo może w ogóle brak (sklepów z takim towarem nie widziałem). Przez mój pokój akurat było przejście do suszarni dachowej to i chodzone tędy również było.

Wspólna „kuchnia” na piętrze kleiła się w każdym niemal miejscu (skoro nawet ja to zauważyłem, to coś musi być na rzeczy), a w zakamarach szuflad to „rusty-zgniły” skansen był. Lodówka nie istniała, a zardzewiała elektryczna kuchnia to dawno ciepła nie widziała, czuła znaczy. Naczynia, sztućce?  A gdzie tam, ratowaliśmy się kartonowo-plastikowymi zapasami z samolotu i tym co tam jeszcze wyżebraliśmy potem od „landlorki” – zawsze uśmiechniętej i bezproblemowej. Płyn, gąbkę do mycia naczyń to trzeba sobie kupić. Tylko gdzie? Chyba tylko w Pewexie (to tych więcej dalej będzie). Generalnie trzeba płynąć z prądem i brać wszystko „na klatę” z uśmiechem, bo inaczej to popłyniesz. Sorry, taki tu mamy klimat.

Taki standard w Centrum to kosztuje około 30 EUR za dobę od pokoju 1-2 osobowego. Już ostatnią noc, po powrocie z lądowo-morskich wojaży jednak podnieśliśmy sobie standard tych „klimatów”, o czym dalej będzie jeszcze. Rano na pierwszym śniadaniu „skroili nas”, nieświadomych po 10 EUR od głowy, ale już więcej tak się nie daliśmy śniadaniowo „pokroić”.

Niecałe 10 minut piechotą od naszych „klimatów” w kierunku Centrum byliśmy w jakby zamożniejszym Świecie reprezentacyjnego Capitolu, parków, hoteli i szerokich ulic.

Oznaczenia prywatnej kwatery

Dachowa restauracja

Okolica naszych „kwater”

Nocne klimaty naszej bezpośredniej okolicy

Na nowo zostałem fanem motoryzacji. Człowiek poczuł się jakby przeniesiony w czasie lub na jakimś planie filmowym. „Made in Cuba” i nowych samochodów to tu nie ma.

Przy życiu sprawnie podtrzymywane są 50-60 letnie ruskie Wołgi, Moskwicze, amerykańskie Buiki, Fordy, Pontac’i, niemieckie Ople, francuskie Peguot’y, Simca’ki. Nawet jedna Czeszka Škoda 1000 MB oraz szwedzki SAAB się mi trafiły. Te, które mają zarabiać na siebie, głównie jako taxi, lśnią i kuszą jaskrawymi kolorami (czerwony, różowy, błękitny i nieco innych jeszcze trochę), podkręconym nagłośnieniem, klaksonem i białymi „skórami” – wiecznie „nowymi” w przezroczystych foliach. Pod większością z nich rdza ma się jednak bardzo dobrze. Olej na miejscach parkingowych też dziarsko wycieka. Przez to łatwo namierzyć, gdzie najczęściej parkują w oczekiwaniu na turystów. Silniki „ino, ino”, a skrzynie biegów „so, so” już przędą.

Kubańskie samochody – te dla turystów

Z nowszych widziałem trochę KIA. Jednak najbardziej popularne w sensie użytkowym (mniej szykowane pod publiczkę) są Łady. Moją uwagę przyciągnęły również Fiaty 126 P (po kubańsku „polaquito”), a i kilka 125 P się trafiło. Nie sposób tych wszystkich perełek tu pokazać. Naszych rodzimych „Maluchów” jest tu znacznie więcej na drogach niż obecnie w Polsce. My traktujemy je nad Wisłą już kolekcjonersko. Ceny za „polaquito” na Kubie zaczynają się od 5 tys USD, a cenione są za ekonomię jazdy. Łezka się w oku kręci, bo sam dostałem takiego „szerszenia” od rodziców na swoją 18-stkę.

Kubańskie samochody – te odnowione do codziennego użytku

Nawet kilka automobili z początku XX wieku widziałem odstrojonych i na chodzie. Wiele z tych sprzętów zapewne nie zostałoby dopuszczonych do ruchu po polskich drogach publicznych. Wśród ciężarówek królują Kamazy, a wśród sprzętów terenowych – Łazy. Nawet trafiła się Łada Niva. Ogólnie to sprzęt ruski właśnie jest tu bardzo ceniony – „gniotsa nie łamiotsa”.

Kubańskie samochody – te czekające na drugie życie

Kubańskie samochody – te najpraktyczniejsze, a wśród nich „polaquito” czyli Fiat 126P

Swoją drogą to spalin nie brakuje z tych mobili. Elektryki, zielona energia? Zapomnij. Ta Kuba, to taki „last resort” dla samochodów głównie z lat 50-tych ubiegłego wieku, gdzie obdarowane nowym życiem (często z byle zamienników), dożywają sędziwej starości. Na ulicach mało jednak Policji, a jazda jest kulturalna, cierpliwa. Na kilkaset kilometrów jakie pokonaliśmy na Kubie, nie zauważyliśmy żadnego wypadku. Patrole Policji to stały raczej poza miastami, ale nie w miastach.

Za 1-godzinną obwoźną wycieczkę po Havanie takim „strojnym” sprzętem dla 4 osób zapłaciliśmy 40 EUR. Moc radochy, zwłaszcza, że jechaliśmy w 2 autka. Warto było poszaleć, choć nie my prowadziliśmy te b(r)yki. Z kolei zwariowana 20-minutowa podróż 3+1 osobowym „tuk-tuk’iem”  kosztowała nas jedynie 10 EUR za całego „tuka”. Prędkości do 40 km/h. Jazda na takie 3 fury dostarczyła również wiele zabawy. Ta nasza jakaś mniej żwawa, szczególnie pod górkę ledwo szła, a przecież na tylnej kanapie takie trzy zacne „Pany” nią jechały.

Tuk-tuk i jego goście

Paliwo choć oficjalnie, po rządowej cenie kosztuje jedynie 35 CUP za litr (1 EUR=250 CUP), to zwykle go nie ma i trzeba kombinować, „tipować”, aby wypełnić takowym swój bak. W efekcie zwykle kupuje się po około 1 EUR/litr.

Aby dostać paliwo po cenie rządowej musisz być zarejestrowany w aplikacji, która mówi Ci kiedy i gdzie będziesz mógł zatankować. Przy trasach szybkiego ruchu widzieliśmy kolejki po paliwo. Przypuszczam, że to Ci z aplikacji. Na stacjach w Havanie kolejek nie było…, bo i paliwa też nie.

Jedni już mają paliwo, a inni jeszcze nie

Biednie, brakuje niemal wszystkiego. No może nie prób przebijającego uśmiechu i pozytywnego nastawienia do życia Kubańczyków. Jako rasowy turysta, niby to bezinteresownie, jesteś często zagadywany „Where are you from?”. Na odpowiedź „Polonia” zwykle pada hasło „Lewandowski”. A jak raz zaripostowałem „Wilfredo” (Kubańczyk z polskim obywatelstwem i reprezentant Polski w piłkę siatkową), to dowiedziałem się, że to sąsiad mojego rozmówcy. Od słowa do słowa, w tym również o dzieciach, o brakach, o niedostatku, to niemal zawsze dochodzi do rozmowy biznesowej lub prośby o wsparcie finansowe. Bywa, że polecany jest Ci bar lub restauracja, a twój „przewodnik” wchodzi z tobą, aby się napić, a może i najeść na twój rachunek. Po pierwszym dniu nie chcesz już tego towarzystwa „przewodników” i sam chcesz zarządzać swym czasem, w tym decydować gdzie i z kim pójdziesz zjeść lub napić się. 

Stara, biedna, ale również kolorowa Havana, próbująca komercjalizować swoją kulturę i przeszłość

Jeżeli owoce i warzywa, to na obwoźnych straganach uświadczysz. Od czasu do czasu coś ciekawego pojawia się w sklepach spożywczych. Są to swego rodzaju Pewex’y, czyli miejsca handlu droższą „spożywką”, gdzie jednorazowo wpuszczana jest do środka ograniczona liczba kupujących. Plecaki często zostawiane się przy wyjściu, a płatność odbywa się tylko kartą płatniczą za okazaniem paszportu, a ponieważ transferu danych nierzadko brakuje, to i się wtedy nie kupuje. Tu jest jakby drożej, ale „wypaśniej” z punktu widzenia dostępności. Naszym hitem był dżem z Włoch za 4 USD. Towarem „pewex’owym” jest również papier toaletowy za 1 USD za rolkę. 

Po godzinie 18:00 handel małych sklepików spożywczych nadal odbywa się, ale już zza krat wejściowych.

Targi „pod turystę”

Aby przecięty Kubańczyk mógł kupić coś w Pewex’ie, musi mieć oczywiście walutę – USD lub EUR. Dlatego chętnie na ulicy odkupuje peso-dutki od turystów, aby potem wpłacić je do państwowego banku. Tu otrzyma płatniczą kartę kubańską, która będzie akceptowana w Pewex’ach. Jakby tu powiedzieć – permanentna inwigilacja.

Szkoda mi tych nie odnawianych, pięknie zdobionych, niszczejących fasad kamienic z połowy XX wieku. Wiele z nich w środku jest już pustych, porastających krzakami i drzewami, teoretycznie bez możliwości zasiedlenia. ale przez uchylone drzwi i tu widać nieraz całe biedne, proste, domostwo, częściowo przenoszące się na podwórko.

Próby odbudowania, odnowienia widać, ale ciągłe braki materiałów budowalnych, pieniędzy, czynią miasto jednym wielkim placem niekończącej się, zbyt opieszałej odbudowy. Braki wywalają masę kreatywności, i „druciarstwa” z przymusu. Na dzisiaj nie są one w stanie zatrzymać erozji niszczejących budowlanych świadków życia miasta. A szkoda. Kilkadziesiąt lat wstecz musiało to wyglądać o wiele lepiej.

Stalowe rury do instalacji wodnej zamiast plastikowych peszli w restauracji? Rozrzutność? Nie, zaradność

Większość życia toczy się na ulicy, a centrowe slumsy bezpośrednio graniczą z ”The City”, czyli drogimi hotelami jak Gran Hotel Manzana Kempinski zabudową rządową, jak National Capitol of Cuba, czy też kulturalną, jak Grand Theater of Havana.

National Capitol of Cuba

Niektóre gmachy wyglądają jak dary państw sprzymierzonych, mające świadczyć o potędze i sile socjalistycznego Państwa. W rzeczywistości wieją pustkami i mocno kontrastują z otaczającymi je slumsowymi już kamienicami.

Na wielu dachach „centralnych” hoteli, poza wspomnianym już „Kempińskim” (a należą do nich: Iberostar Parque Central, Hotel Parque Central – Edificio Moderno, Axel Hotel Telegrafo, Hotel Inglaterra – w tym ostatnim snują się Panie nie tylko na pokaz), znajdują się tarasy widokowe, kawiarnie, baseny. Stąd rozpościera się widok na niemal całą Havanę i stąd widać szerzej ogrom permanentnej katastrofy budowlanej, rozchodzącej się we wszystkich kierunkach od Centrum. Dachy domów i kamienic wyglądają jak po bombardowaniu, a mimo to jak dobrze się przyjrzeć, to na poziomie dachów rozwinęło się życie w niby domkach na działce – suszy się pranie, ludzie siedzą na tym co jeszcze nadaje się do siedzenia. Po prostu żyją, mieszkają, albo raczej wegetują, a po zmroku, choć już przez kraty, to ciągle handlują, jak mają czym.

Koegzystencja dwóch światów w Havanie

Szewc

W zachodniej części miasta zlokalizowane się ambasady oraz domy pracujących tam osób, a także posiadłości innych bogatych tego Świata, w tym Kubańczyków. Ambasada Rosji została zbudowana jak mini Pałac Kultury i Nauki w Warszawie. Bratnie wojska rosyjskie stacjonowały na Kubie aż do 1992 roku, a amerykańskie więzienie w Guantanamo na południowo-wschodnim krańcu wyspy ma się świetnie do dzisiaj.

Na nabrzeżu niestety rządzi „betonoza”. Ulice i skwery szerokie.
Pierwszego całego dnia pobytu nie poszliśmy za „polecaczami”, a sami z przypadku natrafiliśmy na Habana 5 i bardzo nam się tu spodobało.

W niedzielę, jako słabe tło dla „American Style Capitol”, wzdłuż ulicy Galiano odbywał się targ żywcem wzięty z Jarmarku Europa z Warszawie (były stadion 10-lecia, a obecnie PGE Narodowy). Tu „pod dachami (nie) domów” (to taka szanta, sorry), a namiotów-straganów, ciuchy i tandeta mieszają się z pamiątkarstwem i byle czym, aby choć byle zarobić. Embargo Stanów Zjednoczonych jest tylko oficjalne. Bez handlu na tej linii nie byłoby dzisiaj tylu dóbr na Kubie.

Skoro embargo, to kultowej Coca-Coli też nie uświadczysz (raz w super hotelu gdzieś dojrzałem tylko). W zamian za to, Kubańczycy wprowadzili jej swoje odmiany.

Kubańska wersja Coca-Coli

Muzea są tanie, a zatem i dostępne dla wielu. Odwiedziliśmy mi.in. Muzeum Rewolucji (Museo de la Revolución).

Chroniony pod szkłem, spoczywa tam również osławiony 19,2 metrowy (overall lenght ) skarb narodowy – „Yate Granma”, czyli jacht motorowy z 1943, zarejestrowany na 12 osób, na którym 25 listopada 1956 roku nie mniej jak 82 „napalonych” rewolucjonistów, a wśród nich Fidel Castro, Ernesto „Che” Guevara i Raúl Castro wypłynęło z Meksyku, aby 2 grudnia 1956 dotrzeć na Kubę, dając początek kubańskiej rewolucji.

 

Zwiedzamy Muzeum Rewolucji

Zarobki, przykłady cen i system kartkowy
W 2023 roku średnia płaca na Kubie wynosiła 4 000 CUP (to około 16 USD), minimalna – 2 500 CUP, a minimalna emerytura – 1 500 CUP. I jak żyć? Podatków, jak czynsz za mieszkanie, podatek od gruntu itp. w zasadzie nie ma. Podatek od wynagrodzenia naliczany jest dla zarabiających od 8 000 CUP w górę, czyli w praktyce od prywatnego biznesu. Jak masz kasę, to znaczy, że dobrze kombinujesz. Inflacja na Kubie w 2023 roku wynosiła około 34,5 %.

W turystycznych barach w centrum Havany, przeciętny drink to wydatek około 1 500 CUP, ale już w barze bardziej „lokaleskim”, ale wciąż na poziomie, za puszkę 0,33 piwa wyszło nie więcej jak 500 CUP. Za dobry drink na wybrzeżu przy wejściu do kanału portowego w Habana 5 z widokiem, płaciliśmy jedynie po 750 CUP od sztuki.

Słodka kawa w barze, gdzie przychodzą miejscowi, kosztuje tylko 15 CUP, a kawa w super hotelu Nacional 250 CUP (nadal niedrogo, bo to w końcu tylko 1 EUR jest). Kupiona w tym samym „lokaleskim” barze 700 ml butelka słodkiego, „kultowego”, 34% rumu „Legendario” wyniosła nas 4 EUR (to samo „Legendario” na lotnisku w Havanie chodziło już po 9,2 EUR). Przy okazji, sklep z tańszymi alkoholami w Havanie – La Isla de Cuba.

Za jedzenie w restauracji zorientowanej jedynie na rdzennych, acz nie najbiedniejszych już Kubańczyków, zapłaciliśmy 500-700 CUP („hamburger” bez bułki, ryż i jakieś proste warzywo) i to z deserem typu słodki ryż na mleku z cynamonem (pamiętacie?) i obsługą kelnerską. Jak szukasz bardziej wyrafinowanych smaków, to nie dla Ciebie takie miejsca, ale warto wpaść, aby wesprzeć takich restauratorów i przekonać się, co tu naprawdę lepszego się jada.

Kawa za 15 CUP i 250 CUP

„Legendario” za 4 EUR i 9,2 EUR

Za słomiany kapelusz w starej, ubogiej części miasta zapłacisz 500-600 CUP, za woreczek kilku bułek na ulicy – 200 CUP (to te poza systemem kartkowym), a za 1 szt. avocado (duże smaczne, miękkie) na straganie – 200 CUP (wieczorem kosztowało już 170 CUP). Za dwupokojowy, nie luksusowy, ale zdatny do mieszkania, apartament w centrum Havany trzeba zapłacić 20 tys. USD. Tylko gotówka. Kredytów nie ma.

Bułki od straganiarza poza systemem kartkowym

W lepszych restauracjach (jeszcze nie tych super hotelowych) za lunch licz się z wydatkiem do 30 EUR, za śniadanie do 10 EUR. Uliczni przewodnicy-naganiacze do takich właśnie będą Cię zachęcać, gdzie „price” jest super (no jest), a WiFi w cenie czyli „darmo” (czasami nawet działa). Z kolei w turystycznym barze przy drodze poza Havaną będziesz krojony za pinacoladę 5 EUR, a z alkoholem – 7 EUR.

Za transport dla 9 osób busem na trasie: Havana-Varadero-Trynidad-Cinfuegos zapłaciliśmy po 75 EUR od osoby. Na dodatek dogadać się z naszym kierowcą po naszemu hiszpańskiemu to trudno było. Tak płynnie „gulgotał”, że nawet Google Translate nie nadążał za nim.

Ostatni nocleg w Havanie, spędziliśmy w Villa Vedado.
Polecam to miejsce ze względu na dobry, wyższy standard i klimat starej Havany. Śniadanie typu open bufet, może nie za wielki, ale z klasą, macie tu za dodatkowe 7 EUR/os. Na miejscu również niedroga (pizza za około 1 500 CUP) pizzeria Totò e Peppino we włoskim stylu w ładnym lokalu i…. ładną, miłą obsługą.
Dostawa pizzy pod numerem telefonu: +53 5994 5865

Villa Vedado  położona jest w mieszkalnej części Havany. Nie ma tu tej biedy, jaką uświadczysz w starej Havanie przy Centrum. Nieopodal znajdziecie bazarek z pamiątkami i innymi „pierdółkami” w cenach 50 % niższych niż w innych turystycznych „spotach” jak w starej Havanie. Przykładowe ceny: mały malowany obrazek – 300 CUP, „czarodziejska drewniana skrzyneczka” – 500 CUP, ozdobna tablica rejestracyjna – 500 CUP. Nawet nieużywane elektroniczne zegarki z naszych dawnych bazarów z minimum siedmioma melodyjkami były. Rozczuliły mnie, oj. Sport narodowy Kubańczyków to… baseball. Zapewne dlatego w takich „pamiątkarniach” jak tu, tak popularne są również piłki i kije baseboll’owe.

Pesos, pesos, pesos

System kartkowy został wprowadzony na Kubie w 1963 roku i trwa do dzisiaj.

Co w przydziale miesięcznym (skąd my to znamy) może między innymi kupić, o ile dostanie, przeciętny Kubańczyk w państwowych sklepach (niedrogich Pewexach i im podobnych, w cenach „przystosowanych” do przeciętnego wynagrodzenia ? Ano tak:
ryż (podstawa wyżywienia)
1 bułka na dzień –  każda po 1 CUP
250 ml soku
1 500 gramów kawy
30 funtów cukru
ziarno
jajka (na Kubie to rarytas, którego brakuje)
…i niewiele więcej.

Dlatego np. typowa kawa Kubańczyka mieszana jest z grochem i stąd mówi się, że w tej kawie jest dwa w jednym – śniadanie i lunch.

Sklepy „kartkowe” i kolejka do nich jak już coś „rzucą na ladę”

Mówiąc o pieniądzach (oraz wpływach) na Kubie należy wspomnieć jeszcze o włoskiej mafii, w której między innymi zaznaczył swoją obecność również i nasz rodak – Meyer Lansky. Urodzony w Grodnie (obecna Białoruś), ale na terenach dawnej Rzeczypospolitej, stąd jego krajem ojczystym zawsze była Polska. To ten Lansky właśnie korumpując Batistę i we współpracy z nim, w latach 50-tych XIX wieku utworzył amerykańskie, mafijne imperium hazardowe w Havanie. Kilka lat wcześniej, bo 22 grudnia 1946, u boku Charlesa „Lucky” Luciano (tym razem włoski as gangsterki) zorganizował w hotelu Nacional  mafijny „Havana Summit”, gdzie tłumnie przybyli amerykańscy mafiozi i ich rodziny ustaliły podział swoich wpływów na kolejne dekady.

Nasza wizyta w hotelu Nacional wywarła na mnie duże wrażenie. Ogromny, monumentalny gmach ociekający „posh’em” i podkreślający swoją historię i znamienitych choć nie zawsze, jak się okazuje, prawych gości.

Hotel Nacional i jego oblicza

Sieć komórkowa na Kubie upowszechniła się około 2013 roku, aby w 2018 dołączył do niej dostępny dla większości Internet, którego rozkwit przypadał na „Covid Times”. Tylko elity korzystały z telefonii komórkowej już od 1996 roku.

Telefonia kablowa, komórkowa i państwowy operator ETECSA

System drogowy
Obecne autostrady powstały na Kubie w latach 80-tych ubiegłego wieku i jak wiele innych inwestycji, nie doczekały się rewitalizacji. Jak lecisz w okolicach „setki”, możesz zliczyć kilka mocnych „hopek” po drodze. Pomykają po nich nie tylko autobusy dalekobieżne i samochody osobowe, ale i bryczki i 1-osiowe „rydwany”. Jedzie wszystko co daje radę. Nawet motocykle się holują z holowanym trzymającym hol w dłoni. Część automobili jest naprawiana na drodze – oczywiście własnymi siłami, bo pomoc drogowa nie istnieje. Inne mobile czekają na swoją kolej (może części, których przecież brakuje) na poboczu.

Ci co nie maja własnych świateł mijania, są doświetlani przez ich towarzyszy zza pleców.

Przy co najmniej dwóch pasach w jednym kierunku ten lewy wygląda na równorzędny z pozostałymi, więc nie wymagaj, nie poganiaj po polsku, aby ktoś wolniejszy zjechał z lewego pasa. Po prostu wyprzedzaj prawym.

Każdy jedzie na czym może

Na granicy „województw” (lub byłych „województw”) spodziewaj się zwalniania do 20 km/h przed posterunkami wojska gotowego do kontroli. Tu nas nigdy nie zatrzymano, natomiast innego dnia policja zatrzymywała nas dwa razy. Kierowca wychodził z odliczonym pesos i ta „controlos” trwała wtedy już bardzo krótko.

Na skrzyżowaniach, zwykle pod cienistymi mostami, stoi bardzo dużo, nie turystycznych przecież, autostopowiczów. Nie ma darmowego stopa na ulicy. Za każdą podwózkę płaci się i już. To jedyna alternatywa dla licho działającego tu systemu publicznego transportu „międzywojewódzkiego”.

Cała wyspa jest państwowa. Są jeszcze „PGRy” ale mało kto zainteresowany jest taką uprawą  wspieraną przez Państwo, bo to Państwo za dużo zabiera, a za mało wspiera. Dlatego tak wiele gospodarstw, choć mogłyby, to nie produkują upraw rolnych. Popularne kiedyś cytrusy również zniknęły z pól i straganów. Do Polski też kiedyś docierały. Dobrze trzymają się wciąż: papaja avocado, guawa – to ta różowa z ostrymi małymi pestkami – uwaga na szczeliny w zębach .

Zamiast na „PGRrze” to (na)turystach można zarobić

Natomiast hitem odzieżowym są białe kalosze noszone dumnie przez farmerów w mieście i na wsi, również w upalne, słoneczne dni. Taki wyraz lokalnej mody.

„Białe kalosze” – to brzmi dumnie

Aby się stąd wyrwać potrzebujesz kasy. Ci co ją mają, wysyłają dzieci na studia, a potem wspierają się nawzajem. Czasami sprzedają wszystko co mają, aby „wybyć”. Bez wizy, a o taką bardzo trudno, można jedynie wydostać się do Nikaragui, a stąd to już droga do wolności łatwiejsza. Najchętniej wybierany kierunek emigracji to oczywiście USA. Na 11 milionów Kubańczyków, w latach 2022-2023, pomimo finansowych i formalnych trudności, wyemigrowało z Kuby 700 tys. mieszkańców. 

Wcześniej takie wyjazdy były możliwe na zasadzie „wymiany pracowników” między krajami socjalistycznymi, stąd i w Polsce pracowali Kubańczycy (i vice versa), którzy wspominali nam o tych wyjazdach za naszym dobrym chlebem.

Prawdziwa Havana

Zapraszam również do czytania pozostałych części „Sagi o Kubie”:
Kuba, podróże poza Havanę – cz. 2 – Śladami Fidelów i Lanskich
Kuba, od Cayo do Cayo – cz. 3 –  wkrótce

 

Pro-Skippers Group Sp. z o.o.

ul. Płochocińska 140 A
03-044 Warszawa

+48 22 243 09 00
info@pro-skippers.com

www.pro-skippers.com