„Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj”,
co w moim tłumaczeniu będzie
„Daj, niech ja pożegluję, a ty odpoczywaj… ode mnie”

Z pokładu jachtu na Karaibach można zobaczyć wiele…, bardzo wiele i dotrzeć tam, gdzie regularne promowe i lotnicze linie nie dotrą, oraz zobaczyć to, czego nie widać zza żywopłotu i basenu wersji „all inclusive”. Akwen ten pokazuje przekrój przyrody na Karaibach od wulkanów i lasów tropikalnych, po błękitne laguny, rafy i „mączny” piasek (nie „żwirowy” jak w Chorwacji, czy Grecji). Z faktu, iż bywam tu często, na podstawie tego co w głowie (i z mego „dziennika sternika”), a nie w innych źródłach, ośmielam się tu wspominać właśnie „o moich Karaibach” przez pryzmat garści ciekawostek, wspomnień, w tym uczt dla oczu, tych duchowych, kulturalnych i kulinarnych doświadczeń.

Bo właśnie na „moich Karaibach” wpływając do zatok słyszę już z oddali, choć jeszcze nie widzę przez gąszcz palm – „Tomek, Tomek….”, co zawsze wprowadza mnie w miłe osłupienie. Na brzegu „przybijam żółwie” z „odredowaciałymi Rasta”, znajomym i mniej znajomym „friendsom” zostawiam kolejne koszulki (choć te ubiegłoroczne nie zużyte jeszcze), a czasami również zdjęcia z poprzednich lat. Z kolei na ich „czółnach” wymieniam polskie bandery. Taki handel towarzysko-wymienny. Aby opisać to wszystko z sercem i w szczegółach, sezonu żeglarskiego by nie starczyło, choć ten dla mnie trwa na okrągło, a przecież pływać trzeba. Zatem „Welcome on-board”.


Bo jak pewnej, prawdziwie styczniowej zimy, zapytano dzieci w naszym przedszkolu „Co robią w pracy wasi rodzice?”, to Bartuś odparł „Mój tata zbiera muszelki”.

Od 2008 corocznie tu i tam wracam, widzę i opisuję, bo za każdym razem tęsknię po tych „moich Karaibach” w pełnej ozdobie. Książka wydana została w 2011 roku, a jej wartość, poza sentymentalną, jest dla mnie coraz bardziej historyczna, bo zmienia się tu, tylko czy na lepsze? Będzie tu trochę nostalgicznie i wspominkowo, współcześnie i przekrojowo, a na pewno obrazowo.

Szlakiem praojców
Poniżej skrót najbardziej popularnej wśród polskich turystów, karaibskiej trasy z Martyniki na południe przez Saint Lucia, Grenadyny i z powrotem. Zwykle planowana jest ona na 10-14 dni, aczkolwiek przy 10 dniach program jest napięty jak… i brakuje czasu na „skok w bok”, zajrzenia do mniej oczywistych zakamarków, dłuższych postojów, czyli włączenia wakacyjnego trybu.

Postoje opisane są wg sugerowanej kolejności ich odwiedzania, nie geograficznej kolejności z północy na południe, aczkolwiek pokazaną tu trasę rejsu wypada za każdym razem zoptymalizować turystycznie pod kątem warunków pogodowych, oczekiwań gości, ewentualnego zaopatrzenia w wodę pitną (zalecam jednak posiadać odsalarkę), niepowtarzania się z miejscami noclegowymi w drodze powrotnej na Martynikę, zaprowiantowania, odpraw celno-paszportowych.


Wasza przykładowa, polecana przeze mnie 14-dniowa trasa „Szlakiem praojców” Martynika-Martynika może zatem wyglądać tak jak na mapce.
Należy wybrać w menu: „Martynika-Martynika 14 dni”

Dzień 1, Martynika: Le Marin 
Przylot i późne wejście na jacht. Nocleg w marinie.

Dzień 2, St. Lucia: Soufriere
Przejęcie jachtu, odprawa, zaprowiantowanie i wypłynięcie we wczesnych godzinach popołudniowych. Dopłynięcie do Soufriere po zachodzie słońca. Nocleg na boi.

Dzień 3, St. Lucia: Soufriere, Sugar Beach Resort
Postój na boi. Rano odprawa celno-paszportowa, wymiana gotówki, zakup kart internetowych. Zakupy na targu. Wycieczka do wulkanu, wodospadu i ogrodu botanicznego Diamond Falls Botanical Gardens, a dla chętnych-mocniejszych alternatywnie wczesno-poranne wejście na Petite Piton. Lunch podczas wycieczki lub w Soufriere i popołudniowe przemieszczenie się na boję przy Sugar Beach Resort. Spacer plażą. Zachód słońca na kotwicowisku. Alternatywnie kolacja w restauracji hotelowej przy plaży.

Dzień 4, Bequa: Port Elizabeth 
Wczesne wyjście. Odprawa celno-paszportowa. Spacer do punktu widokowego Old Fort, plażowanie, lunch w nabrzeżnej restauracji zakup pamiątek i „spożywki”.

Dzień 5, Mustique
Kawa i lody w Embassy Bar, zakup ryb w „fish market”, samochodowa wycieczka po wyspie ze zwiedzaniem posiadłości. Dla chętnych po drodze kąpiel w rozfalowanej Macaroni Beach. Lunch w kultowym Basil’s Bar oraz dłuższy spacer po plaży obok kotwicowiska. Kolacja i możliwa muzyka na żywo w Basil’s Bar. Postój na boi.

Dzień 6, Maryeau: Salt Whistle Bay 
Postój na boi lub kotwicy. Poranne wypłynięcie i wejście około południa (jeszcze dobry moment, aby dobre miejsce zająć) do „pocztówkowego” Salt Whistle Bay na wyspie Maryeau. Plażowanie, foto-spot „wyślizgana palma”. Oglądanie windsurferów na nawietrznej plaży. Wieczorny spacer do kościoła katolickiego (Church of the Immaculate Conception) w widokiem na Tobago Cays, drink w rastafańskim Bob Robert Bar i kolacja z owoców morza w lokalnym barze na nabrzeżu.


Dzień 7, Tobago Cays

Postój na boi lub kotwicy. Plażowanie, plażowanie, plażowanie, snorkelowanie z żółwiami, podglądanie jaszczurek, wyprawa na rafę, kolacja – „Lobstery u Kojaka”.

Dzień 8, Petite Tobac, Mopion, Union – Clifton Harbour
Kąpiele, plażowanie, snurklowanie przy żółwiach obok wyspy Baradal. Wyjście w górę po widoki i jaszczury. Postój na boi. Wyjście po południu. Desant na bezludną Petite Tabac. Krótki postój przy foto-spot „1-daszkowym Mopion”. Spłynięcie na nocleg na wyspę Union do Clifton Harbour na ewentualne zakupy. Postój na boi lub kotwicy. W styczniu 2025 marina była zniszczona.

Dzień 9, Union: Chatham Bay
Postój na kotwicy. Na Union dla chętnych kite surfing lub poranna wycieczka piesza do parku SusGren w lagunie Ashon przy Frigate Island. Opcjonalny lunch przy Palm Island Resort. Doprowiantowanie, zakup pamiątek.

Dzień 10, Canouan
Postój na boi lub kotwicy. Plaża, restauracje na brzegu, zakupy. Ewentualny zakup ryb od rybaków na pomoście.

Dzień 11, St. Vincent: Wallilabou
Postój „po mazursku” – kotwica z dziobu i rufa cumą do brzegu lub pomostu (lub jego resztek) lub „czegokolwiek”. Wieczorna odprawa „Customs & Immigration”. Fotki z pamiątkami po filmie „Piraci z Karaibów”, kultowy „Bar u Antka”. Wszystko na miejscu i wszystko w kilka godzin.

Dzień 12, St. Lucia: Rodney Bay
Postój na kotwicy. Spacer po wsi Gros Islet i ew. Parku przy Pigeon Island.  Dla chętnych poranna, szalona jazda na skuterach wodnych po zatoce Rodney Bay.

Dzień 13, Martynika: Sainte-Anne
Postój na kotwicy. Ostatnie plażowanie. Wieczorny spacer po Sainte Anne, pożegnalna kolacja.

Dzień 14, Martynika: Le Marin
Wczesno poranne tankowanie, check-out. Opcjonalnie wycieczka po Martynice i wieczorny wylot.


Webinar 2017.06.07, „Śladami Tomka z Karaibów”

Gdy za bardzo buja, czyli alternatywy dla szlaku praojców
Części turystycznym żeglarzom, szczególnie tym z dziećmi, może doskwierać, nieraz bardziej wymagająca (czyt. wyboista) żegluga, szczególnie w ostrym kursie pod wiatr po otwartym Atlantyku, pomiędzy wyspami St. Vincent, St. Lucia i Martynika w drodze powrotnej do Martyniki na północ. Wtedy możecie ewentualnie rozważyć jedno z poniższych.

Idzie zło

1. Czarter z Martyniki 1-way do wyspy Union, a jeszcze ciekawiej na wyspę Grenadę. Dlaczego?
Bo skomunikowane są one lotniczo z pozostałymi wyspami. Z Union możecie np. wrócić bezpośrednio na Martynikę, a z Grenady nawet do Europy lub przez Barbados również na Martynikę, jeżeli lot powrotny do domu macie właśnie z Martyniki.

Jakbyście znaleźli moment to „zjedźcie jeszcze do zatok południowej Grenady, szczególnie do Hog Island – super klimat „tubylczy”, również od mieszkańców na jachtach. Jednym z nich był tu kiedyś Andrzej Placek na swojej „Tiggy”.

No i ta odludna Palm Island na NE krańcu Grenady…ech…tu muszę kończyć, bo nie o tym regionie ten blog. No, ale propozycję 11 dniowej trasy 1-way Martynika-Grenada – możecie zobaczyć tutaj.
W menu wybierzcie opcję „1-way Martynika->Grenada, 11 dni”.

2. Jeżeli amator nie zgodzi na 1-way, to z Union wyślijcie swojego skippera z jachtem na Martynikę, przeznaczając mu na to nie mniej jak dwie pełne doby ze swojego czarteru.

3. Wyczarterujcie jacht z:
–  południa St. Vincent
Grenady

A stąd tylko jeden dzień na Tobago Cays.

A jak chwilę powieje i może pobuja…

…. to zaraz tęcza i po sprawie

Wyspa Martynika, marina Le Marin
Nowa La Marina du Marin
Stara marina, ze stacją paliw tutaj

Troszeczkę o aspekcie knajpianym.
Niegdyś kultowe „Mango Bay!” w starej marinie, po odejściu na emeryturę zarządzającego Jacques’a, kolejny właściciel nie dał rady i knajpa zniknęła.

Alternatywnie, blisko starej mariny Le Marin, możecie jednak skorzystać np. z:
Zanzibar – naprzeciw plaży, między targowiskiem a cmentarzem,
Sous le Manguier- po lewo na wjeździe do „starej” mariny od strony targowiska,
Zaraz obok stara poczciwa „Marin Mouillage” i też blisko od niej- Naya z owocami morza.
Na zakręcie odwieczna kuchnia włoska TiToques.

Natomiast w „nowej” marinie restauracje stoją jedna na drugiej. Piechotką też przejdziecie tu ze starej bez większych wysiłków.

No dobra. Po porannej kawie i odprawie? Check-out z armatorem podpisany? Zaprowiantowani?
To ruszamy z Le Marin na Martynice. Zwykle jest to około godz. 12:00-13:00. Dość czasu, aby przed środkiem nocy zacumować na boi przy Soufriere na St. Lucia.

„Tak płyniemy”, nie inaczej i pierwsze foteczki już „wchodzą”. Po prawej burcie mijamy staję paliw. Trzymając się toru zaczynamy zielonymi bojami po prawej (IALA B). Wychodzimy ostrożnie z zatoki, mijając po drodze jachty na kotwicowiskach, aż do ostatniej bramki (choć na kotwicowisko St. Anne można już skoczyć w lewo przed ostatnią bramką). Dopiero tu odbijajcie w lewo. W końcówce toru, jak i po wyjściu z niego, bacznie obserwujcie białe styropiany, butelki, małe chorągiewki i temu podobne „drobnoustroje”. Po mazursku to „pupki”, czyli rozstawione, nieoznakowane sieci i kosze/klatki rybackie, których cienkie linki i żyłki możecie z łatwością wkręcić w uszczelnienia swoich wałów przy śrubach napędowych i woda w przekładni w postaci „majonezu” z olejem gotowa. To zmora każdego żeglarza, szczególnie w nocy, kiedy ich nie widać, stąd jak tylko możecie, nie wpływajcie w takie obszary, szczególnie na silniku nocą.

Podelektujcie się porankiem w Le Marin zanim wpadniecie w wir „check’inów”, zaprowiantowania i „customsów”

Ostatni rzut oka na marinę Le Marin i przylegające do niej kotwicowisko

Prawą burtą mijacie stację paliw

I już jesteście na szlaku

Od strony wejścia do Le Marin

Wyspa Saint Lucia – miasto Soufriere

Pomiędzy Martyniką, a St Lucia prawdopodobnie po raz pierwszy dostrzeżecie nisko latające jak pociski między falami ryby, a w ślad ze nimi, niezmordowanie polujące na nie ptaki. Ten obrazek będzie Wam towarzyszył również na odcinku pomiędzy St. Lucia i St. Vincent, czyli tam, gdzie jest gdzie poskakać na fali. A jak fala większa to i wyżej skaczą, kończąc nieraz na pokładzie dziobowym.

Towarzysze podróży

Po około 7 godzinach żeglugi z Le Marin do godziny 20:00 (o ile uda się wyjść standardowo z Le Marin około godz. 12:00-13:00) zwykle dopływamy do Soufriere na St. Lucia. Przy wiejącym wietrze od lądu od razu poczujecie charakterystyczny zapach siarkowodoru (popularne „zgniłe jaja”), czyli „Sulfur dioxide” (stąd Soufriere). To pobliskie zbocze wulkanu, który powinniście odwiedzić z wycieczką na drugi dzień.

Cumując tu po raz pierwszy (jeszcze może będziecie na powrocie), proponuję wybierać boje nieco na prawo od miasta, ale jeszcze blisko niego. Tu będzie mniej potencjalnych porywów wiatru niż na bojach przy skałach na lewo od miasta patrząc od morza. Poza tym, jesteście w zasięgu „reasekuracyjnego wzroku miasta”, a to bezpieczniejsze, gdy planujecie pozostawić jacht bez opieki. Poza tym sami go widzicie z miasta dla swojej spokojności. Białe boje są publiczne, a opłaty za nie (w styczniu 2025 było to 55 EC) pobierają Rangers. Poznacie ich po charakterystycznych łodziach i ubiorze.

Jakby tu nie było boi, to szukajcie nieco w prawo (na południe) u stóp Petite Pitons.
Tu jest nieco dalej od miasta, stąd ciszej i mniejszy ruch, ale jeszcze w zasięgu Waszego pontonu, o ile nie korzystacie z „podwózek”. Są to najlepiej osłonięte od wiatru boje. Jeżeli w nocy spotka Was pech i wszystkie boje będą zajęte, nawet te przy Sugar Beach Resort, o czym potem, to spróbujcie zacumować tymczasowo do rana przy betonowym pirsie przeznaczonym głównie dla małych wycieczkowców. Zwróćcie jednak uwagę, czy nie za bardzo Was tu szarpie na fali przybojowej. Rano boje będą się zwalniały.

Znakiem charakterystycznym Soufirere jest Petite Piton i Grande Piton

Niemal o każdej porze doby spodziewajcie się „follow me” w postaci mooring boy’a, któremu zwykle trudno odmówić, bo jak podkreśla, pomoc w cumowaniu do boi to jest jego praca. Cóż, pierwszy dzień żeglugi, jeszcze na zmęczeniu, noc…wspierajmy potrzebujących i dajmy „chłopu” (mój syn nastolatek tak mówi) zarobić 30 EC, a jak nie macie jeszcze dolarów wschodnio karaibskich EC (ang. Eastern Carribean Dollars), to chociaż 5 EUR lub lepiej 5 USD, bo te są tu bardziej cenione (odwrotnie jak u nas).

Zgodnie w tutejszym „zwyczajem” na tym jego biznes z Wami zwykle się nie kończy. Po ”What’s the plan”, dostaniecie bowiem ofertę na wycieczkę do wulkanu (z możliwością potaplania się w szarym błotku), wodospadów, ogrodu botanicznego (akurat ten jest niedaleko kotwicowiska i kiedyś tam „z buta uderzyłem”). Cena zależy od Waszych negocjacji, bo rozmawiacie z pośrednikiem-przewodnikiem, a nie z kierowcą bus-taxi. Czasami ten „przewodnik” pojedzie z Wami. O ile cena nie przekroczy 100 EC/osobę, to można dać zarobić Waszemu „welcome comitee”. Przy 4 katamaranach w styczniu 2025 wynegocjowałem cenę 60 EC od osoby. Bilety wstępu płacicie dodatkowo. Po drodze poproście o przerwę na lunch, jak macie ochotę. Warto choć raz przejechać się na tę wycieczkę.

Twardziele mogą wybrać się o świcie na szczyt Petite Piton. Tylko nie wtedy jak pada deszcz, bo wtedy strome podejścia, a od pewnego momentu również z linami, zaczynają spływać błotem. Jak to określił jeden w uczestników w styczniu 2025 – „Wyprawa z poziomu trudny  zrobiła się bardzo trudny, a po deszczu wręcz ekstremalnie. Wyzwanie było godne”…. i nie doszli na szczyt.  Wejście tylko z osobnym przewodnikiem. Zobaczycie jakie ma chłop zdrowie i porównajcie go do swojego. Dla wielu będzie to motywacją, aby się w końcu brać za siebie. Cała „pitonowa” wycieczka rozpoczyna się około godz. 06:00 rano i trwa około 4 godziny. O szczegóły pytajcie swoich „follow me”.

W 2010 roku kilku śmiałków weszło na szczyt Petite Piton

Z kotwicowiska na Soufriere

Nazajutrz rano, może zanim jeszcze wszyscy nie wstaną, nie tracąc czasu zróbcie odprawę Customs, a potem Immigration przy Soufriere Police Station (drzwi wejściowe Immigration na prawo od głównego wejścia do Police Station).

Poproście od razu o check-in i check-out jednocześnie, aby tu nie wracać zaraz.
O odprawach czytaj więcej tutaj.

Do świnek jest łatwiej dotrzeć

Pod Pitonem tylko Piton

Zanim ruszycie busem na wycieczkę w interior, udajcie do jednego z tutejszych banków lub bankomatów, aby mieć przy sobie gotówkę w EC. Poprzez ciągłe płacenie w USD, a jeszcze gorzej w EUR, za każdym razem będziecie stratni na umownych kursach wymiany. Zakupcie również karty internetowe jak jeszcze Wam potrzeba w Baywalk mall – Digicell.

Co do tzw. „zwiedzania miasta” to po zejściu z dinghy dock udajcie się w prawo  wzdłuż brzegu do końca, aby zobaczyć jak tu się wiejsko żyje. Jak będziecie mieli szczęście, to spotkacie również moje ukochane i bezcenne karaibskie świniaczki.

Z „bojowiska” w drodze na miasto

Za usługę zapłacić trzeba

Soufriere – interior

Soufriere – shore-line

Knajpy? Generalnie słabo, ale jak już, to uzbroiwszy się w cierpliwość w oczekiwaniu na obsługę, udajcie się do Petit Peak Restaurant.
Dla mniej cierpliwych są również dostępne take away, choć i tu różnie z czasem obsługi bywa.

Aby urozmaicić sobie dzień, jeszcze przed zachodem słońca, możecie zmienić boję i stanąć pomiędzy Petite Piton i Grande Piton w okolicach Sugar Beach Resort.
Mało tych boi i bywa, że schodzą tu większe podmuchy wiatru. Dla bezpieczeństwa, zanim ewentualnie opuścicie swoją „Soufriere” boję, poproście swojego „follow me” aby sprawdził dla Was, czy jest coś wolnego przy Sugar Beach Resort. Na kotwicę nie macie szans swoim „karamatankiem”. Duże jachty motorowe rzucają tam na głębokościach ponad 50m.

Chętni mogą tu również wyskoczyć na wykwintną kolację (rezerwacja telefoniczna konieczna), której próżno było szukać w Soufriere. Nazajutrz rano, jeszcze przed wschodem słońca, sugeruję wyjście na Bequa.

Wycieczka, wycieczka

Inny świat po południowej stronie Małego Pitona – Sugar Beach Resort

Sugar Beach Resort – pomiędzy Mały i Dużym Pitonem

I jeszcze końcowa uwaga co do kontaktów z Waszymi przewodnikami. W swoich odpowiedziach bądźcie klarowni. Pozostańcie friendly. Nie odpowiadajcie „maybe later”. Kiedyś tak odpowiedzieliśmy i dwóch niedoszłych przewodników chodziło za nami cały dzień, gotowymi do usług. Na koniec dnia wyciągnęli ręce po zapłatę za dyspozycyjność i oczekiwanie na „maybe later”. Jak odmówiliśmy to skrzyknęli więcej ciemnoskórych kolegów. Trzeba było płacić i zwijać się przed nocą, bo atmosfera znacznie zgęstniała.

 

Kontakty do „przewodników” w Soufriere – lista w ciągłej modyfikacji:
Cosy & Liabu: +175 872 444 13, +175 871 254 26 – te dwa młode chłopaki bardzo się starali w styczniu 2025
Spencer: +175 872 419 81
Jerry Me: +178 453 439 99
Malcome: +175 872 250 48
Denis: +175 846 055 57, +175 872 289 83
John: +175 872 24 585
no to jeszcze:
Bradley Cooper Barbeque: +175 873 245 15
Nie było czasu, ale miejscówka pomostowa całkiem fajna: jakoś tutaj

Przykładowe ceny styczeń 2025:
55 EC – postój na boi katamaranem Bali 4.5
60 EC/os. – wycieczka (wulkan, wodospad, ogród botaniczny). Cena niższa od standardowej 80 EC ze względu na „hurt” (niemal wszyscy z czterech katamaranów)
40 USD – za wejście 5 osób z przewodnikiem na Petite Piton

Wyspa Saint Vincent
O ile będziecie trzymać się blisko brzegu, to pomiędzy północnym krańcem St. Vincent, a zatoką Chateaubelair, zwróćcie uwagę jak potoki lawy wypaliły w dżungli przełomy zanim wpadły do morza, pozostawiając po sobie „czarne autostrady”. Jeżeli dość rano wyszliście z St. Lucia, to mijając St. Vincent macie szansę upolować rybaków w akcji i po korzystnej cenie kupić od nich ryby prosto z łodzi. Zauważyliście już, że zarówno na Martynice, jak i przy St. Lucia oraz St. Vincent prawdopodobieństwo krótkotrwałych, ciepłych, tęczowych opadów jest bardzo wysokie? I jak tu ma coś dobrze nie rosnąć? Dlatego właśnie St. Vincent wita Was również zielonym dywanem swojej bujnej roślinności. Wpadniemy jeszcze na St. Vincent, ale w drodze powrotnej. O ile nie poczuliście za dużego zmęczenia, teraz w drodze „na dół” proponuję pominąć zatoki St. Vincent.

Na chwilę przy St. Vincent

Ale na razie, główne atrakcje St. Vincent mijamy bokiem

Wyspa Bequa – Admiralty Bay, Port Elizabeth

O wchodzie słońca ruszacie spod „Pitonsów” na St. Lucia, lewą burtą mijacie całą wyspę St. Vincent i stajecie na Bequa.
TIP
Jako, że mijacie St. Vincent jeszcze nie za późno, to macie szansę na złapanie rybaków podczas połowów i najtańszej możliwej oferty za rybę, a jeżeli nie, to może złapie Was jakiś pośrednik, o ile przemieszacie się niedaleko brzegu. Szkoda paliwa, aby daleko od brzegu za Wami „hetał” (dobrze, że nie „heklował”).

Po „Pitonie”, przy „Pionsach”, witamy w krainie Hairoun

Większość jachtów cumuje po prawej stronie głębokiej zatoki na bojach lub kotwicach, szczególnie gdy chcą stać przy plaży jednej czy drugiej, aby mieć blisko wyskoczyć na nią. Jeżeli chcecie zapewnić swoim gościom trochę więcej swobody, uniezależnienia ich od dinghy, w postaci cumowania przy pomoście to podpłyńcie do końca zatoki na lewo do głównego promowego pirsu do małego drewnianego pomostu, gdzie między innymi sprzedają wodę do zatankowania jachtów. Czasami uda się tam zacumować.

Z punktu widzenia zafalowania, najbezpieczniej będzie stanąć rufą do pomostu, po jego zewnętrznej stronie, wykorzystując na dziobie oddalony około 30m od niego mooring na boi. W razie zafalowania stajemy dalej rufą od pomostu, wykorzystując dłuższy trap pomostowy (zawsze tam był, a Wy zwykle nie macie go na Karaibach na jachcie czarterowym). Po Admiralty Bay pływa stateczek Daffodil oferujący wszelakie usługi, a przede wszystkim: pralnię, wodę, diesel, taxi itd.

Admiralty Bay.

 

Nasi zza oceanu.

Wodny serwis: woda, pralnia.

Jak będzie miejsce, możecie stanąć przy pomoście, nawet od strony brzegu (wtedy burtą).

Na Bequa dokonajcie nie najtańszej (patrz poniżej) odprawy celno-paszportowej.
Niestety oficjalnie możecie dokonać tylko check-in, bo wpływacie do Państwa St. Vincent i Grenadyny na kilka dni. Na check-out przyjdzie jeszcze czas. Ponadto, zróbcie zakupy spożywcze, kupcie pamiątki, wymieńcie kasę, SIMy, jeżeli jeszcze nie zrobiliście tego na St. Lucia. Możecie również udać się na wycieczkę do sanktuarium żółwi. Niektórzy, którzy tam byli relacjonowali, że przypomina ono „umieralnię dla żółwi” – znaczy nie polecali.

Nabrzeżną ścieżką, nie poprzez las, w prawo udajcie się na spoko plażę (pierwsza taka karaibska), a w drodze powrotnej usiądźcie nad brzegiem na lunch np. przy Whaleboner.

Jak Wam mało to proponuję w lewo od dingy dock na punkt widokowy Fort Hamilton.


I „w miasto”

Old „friends’y” i „friend’synie”




Im dalej w prawo, tym bardziej plażowo (niejedna plaża przed Wami) i mniej ludzi

A na końcu plażą szły zakonnice

Admiralty Bay na wyspie Bequa to ostatni przyczółek „większej” cywilizacji na Waszej trasie. Dalej na południe będzie już tylko skromniej i… coraz drożej. Dopiero jakbyście wpłynęli do Państwa Grenada to cywilizacyjnie lepiej rozwinięte będą Carriacou i Grenada na wyspach o tych samych nazwach. Ale o nich to już w innym odcinku.


Przykłady cen styczeń 2025:
441 EC – Odprawa check-in Bequa (katamaran Bali 4.5, skład 8+1)
Targ warzywno-owocowy:
18 EC – funt pomidorów
5 EC – za mango
5 EC za 3 banany
6 EC za imbirowe piwo w sklepie
60 EC/os – mixed grill na plaży „u Alexa” (tel. +1 784 495 0930) – lobster, sałatki, platany, placki szpinakowe i ryż creole. Jedna z załóg bardzo polecała ten value for money.
Sklep spożywczy:
60 EC wino Carlo Rossi (w Polsce kosztuje 30 zł)


Mustique, Britania Bay, Lovell Village
A pod linkiem dinghy dock.
Od Bequa to już „wszędzie” jest blisko. Mamy bowiem w kilkugodzinnym zasięgu kilka perełek, po które głównie to przybyliśmy. Jedną z nich jest Mustique.

TIP:
Mustique lepiej odwiedzić w drodze „w doł” (na południe) niż „w górę” (na północ), gdyż w tej drugiej opcji, do wysuniętego nieco na wschód Mustique, najprawdopodobniej będziesz mieć wiatr „w mordę”. Poza tym, jeżeli ruszyliście z Martyniki w niedzielę, to może właśnie macie środę, a wiadomo – środa to często dzień… grania w Basil’s Bar. Tak przynajmniej zwykle było. A jak będziecie szczęściarzami, a może nie do końca będzie to przypadek jak z tą środą, to traficie akurat na Mustique Blues Festival, który ma miejsce zwykle w okolicach stycznia i lutego. W dniach 22.01-05.02.2025 była taka lista artystów.
Podczas festiwalu spodziewajcie się więcej jachtów i Jachtów na kotwicowisku (boje dla nich małe, liche znaczy) i większych ograniczeń w przemieszczaniu się po wyspie – „Wiadomo Honey, Warszawka”.

Na „bojkowisku”

Dinghy dock

Mustique Moorings

Wprawdzie 2025 na tej scenie Mick’a Jaggera nie spotkałem, ale kilka lat wcześniej, dokonując odprawy na pustym lotnisku, jednak widzę kątem oka, że jakiś obdartus w znoszonej, już nie śnieżnobiałej, pionowo-prążkowej koszulce na ramiączka i wytartych szortach odprowadza kogoś do prywatnego jet’a. Na moje dyskretne pytanie do Mr Customs „Is it Him?”, otrzymałem potwierdzające delikatne skinięcie głową. Zostawiłem więc tę całą buchalterię przy ladzie i pognałem przybić 5-tkę z zasuszonym, zakonserwowanym, bez skrawka niepomarszczonej skóry Mick’iem. Boże, ten to ma zdrowie. Jego kierowca-ochroniarz nie drgnął nawet. Taki byłem szybki i naturalnie przyjacielski. Nie dzwonię do Mick’a co roku jak tu wracam, aby mu „d” nie zawracać, ale mam nadzieję jeszcze kiedyś na kolejny „Hi-five” – może na jego tutejszej chacie.
I wyobraźcie sobie, że ja, Tomasz, nie zasugerowałem mu nawet, czy chce ze mną zrobić sobie foto. Nie miał czym, to i fotek nie ma z tego spotkania na „mustikowym szczycie” (czyt. Mustique Summit).

Poranna kawusia i deko pączusia

Wracamy do rejsu. Przy podchodzeniu uważajcie na znak odosobnionego niebezpieczeństwa, jakich to znaków (nie niebezpieczeństw) jest mało w tej części Karaibów.

TIP:
Moja sugestia co do wyboru boi jest tu taka, aby wybierać jak najbardziej skrajnie po prawej, bliżej plaży i dalej wioski z pirsem promowym. Britania Bay dosyć otwarta jest. ale dobrze chroni przed wiatrem i falą. Zapewnicie sobie wtedy więcej ciszy i żółwi dookoła. Nie omieszkacie „posnurkolwać” z nimi.

Cumujemy na bojach po 220 EC za nocleg – najdroższe jakie znam w tym regionie. Ci więksi rzucają kotwicę, nie dla oszczędności, bo płacą odpowiednio więcej, ale aby boi nie pozrywać.

Fish market, fruit market, yachts market – same giganty

Lovell village overview

TIP:
Skipperzy, zróbcie rano niespodziankę swoim gościom i o godz. 08:00 pognajcie na dighy do różowej cukierkowej  Lovell Village i zakupcie trochę smacznych kalorii oraz bagietki.

Znajduje się tu również nieźle zaopatrzony sklep spożywczy, oraz mały markecik rybny (przy plaży) w cenach około połowę niższych (około 15 EC za funta ryby), niż jakbyście kupowali u wszystko załatwiających pośredników – około 30 EC za funta, choć bezpośredni zakup od rybaków może oznaczać wydatek rzędu 10 EC za funta.

Basil’s Bar

Aby poczuć klimat Mustique koniecznie jedźcie na wycieczkę by taxi  po „hatach” i widkach bogatych tego świata. Informacja przy budce „Mustique moorings” naprzeciwko dinghy dock. Będzie trochę foto-postojów, podglądania przez żywopłoty i bramy, a jak czasu Wam starczy to uderzajcie do rozfalowanej, zrywającej kostiumy, Macaronii Beach.

Spróbujcie jeszcze pójść na spacer wzdłuż plaż na prawo od kotwicowiska, o ile obsługa was nie zawróci. A jeżeli tak, to możecie jeszcze zaatakować te plaże desantowo z dinghy gdzieś dalej pomiędzy rafą. To wybrzeże usiane jest hałdami muszli celem jego ochrony, bo przyznam, że corocznie morze zabiera go trochę dla siebie.

Plan napięty jak na pół dnia, ale jeszcze poleżakujecie w okolicach Tobago Cays.

I drogę…

…i po drodze

Jak wspomniałem wcześniej, na małym lotnisku Mustique w razie potrzeby dokonacie również odprawy celno-paszportowej, o ile wciąż macie taka potrzebę, bo na Bequa to powinniście już zrobić. Możecie tam się zabrać z wymienioną już wycieczką i już na piechotę wrócić do Lovell Village (około 15-20 minut). Na lotnisku to tłumów nie ma, ale trzeba uważać na niezapowiedzianych cele-brytów (bryt – pas materiału, z którego powstaje żagiel).

Około 15 min od Centrum Lovell Village schodkami w górę dojdziecie do restauracji The View.

Nazwa zobowiązuje i jest w pełni zasłużona. To miejsce może nie aż z takim charakterem jak Basil’s Bar, ale dość przyzwoite, choć to wciąż nie nawet middle class restaurant. Cierpliwi musicie być po złożeniu zamówienia. Ale przynajmniej drinki można zamówić szybko i ponapawać się tym „View”.

Muszle „chałdziaki”

W prawo od „mustiqe’owego bojkowiska”

View z „The View”

I jeszcze widok z kamery internetowej na Basil’s Bar jachty na kotwicach tutaj.
Pod tym linkiem równie więcej klimatów by Mustique. Zakochać się można.

Przykłady cen styczeń 2025:
220 EC – boja
90 USD – wycieczka busem po wyspie (weszło max 8 osób).
107 EC – dwie ryby (red snapper, salmon) dla 9 uczestników – dobra cena
7 USD- wejściówka do Basil’s Bar na czas wieczornego koncertu (nie podczas festiwalu, choć ci co wcześniej już tam byli to za wejście nie płacili)

Dobranoc Mustique

Mijamy Canouan prawą burtą, aby „wiatru nie zabierał”, zostawiając go na potem i lecimy prosto do Salt Whistle Bay na Maryeau tak, aby trafić tam na „zmianę warty jachtów”, jeszcze przed godz. 12:00.

Wyspa Maryeau, zatoka Salt Whistle Bay

W tej dość ograniczonej zatoce bywa bardzo ciasno. Na szczęście kierunek wiatru nie robi tu psikusów i utrzymuje się NE-NEE. Jedni stają na bojach (styczeń 2025: opłata 60 EC do Rangers’ów i tip około 20-30 EC dla „follow me”), inni pomiędzy nimi lub za nimi na kotwicach. W rezultacie odległości pomiędzy jachtami bywają niepokojąco niewielkie. Kotwiczący w pierwszym rzędzie rzucają kotwicę na granicy spotkania kila z dnem (na szczęście piaszczystym). Lewa strona zatoki jest mniej osłonięta od wiatru od prawej. Ta schowana jest za „zagajnikiem palmowym”, powoli trzebionym przez kolejne huragany.

No i weź tu wybierz dla siebie miejscówkę

No i weź tu wybierz dla siebie miejscówkę

Wyjść, czy nie wyjść – oto jest pytanie

„Zatoka słonych gwizdków” to mekka lokalnego jachtingu. Jest tu wszystko razem, czego wyczekiwał żeglarski turysta: osłonięcie od wiatru (szczególnie w prawej, wschodniej części zatoki), ciepła woda (bo to płytka zatoka), w tle palmy (szczególnie jedna „celebrytka” z większości pamiątkowych zdjęć), souveniry, kolorowe chusty, koszulki w „vibe” „live slow”,  zaplecze drinkowe i jedzeniowe w stylu „lokales party”. Przy dobrym ciągu, po nawietrznej stronie szaleją czasami kite surferzy. Popływasz, poleżysz, poopalasz się, pojesz, popijesz, popalisz – żyć nie umierać.  Dlatego niektórym zdarza się zostać tu więcej niż na jeden nocleg.

Trzeba w końcu gdzieś zacumować, „zabojować” znaczy

W dzisiejszych czasach, jako szanujący się skipper, zanim wejdę co mariny, portu, zatoki, wypuszczam przed sobą zwiad (nic innego przed i za sobą nie wy(po)puszczam w emocjach), aby niepotrzebnie rozdygotanych nerwów nie nadwyrężać, a także czasu i energii nie tracić na bezpłodne szukanie miejsca cumowniczego, wolnej boi, „poletka” na kotwicę. 

A jak masz dobre układy, to i twoja boja ma już trzymaną rezerwację. Po czym następuje krótki „bay-passage planning” i wchodzisz cały na biało za „follow me”.

Po nawietrznej stronie Salt Whistle Bay

„Berylowy aftermath na Maryeau”
Celem pieszych wycieczek na Maryeau jest między innymi, wybudowany na niewielkim wzgórzu kościółek katolicki pod wezwaniem „Niepokalanego Poczęcia” (ang. Church of the Immaculate Conception) z widokiem z tarasu na Tobago Cays.  Po uderzeniu huraganu Beryl z końca czerwca 2024 po kościele pozostały ściany i zgliszcza. Podobny los spotkał inne zabudowania na wzgórzu. W samej zatoce Salt Whistle Bay zniszczeniu uległy bary, palmy i pozostała roślinność. W styczniu 2025 bary były już odbudowane, choć mieszkańcy nadal nie pozbierali się po tragedii.
Mocno kontrastujący z klimatami Salt Whistle Bay pozostaje wrak jachtu wyrzucony na plażę przez berylową zawieruchę. Przy znikomych możliwościach technicznych i finansowych pewnie dłużej tu poleży, stanowiąc wyraźne memento i ostrzeżenie, że raj potrafi zamienić się w piekło.

Piekło w raju, styczeń 2025

W drodze do kościółka miniecie również cmentarz z nie do pogardy widokiem wiecznego odpoczynku, któremu uroki dodają pasące się kozy z funkcją automatycznych kosiarek i to jak wydajnych.

Jakieś 200 metrów dalej – rastafański bar z przerostem dekoracji nad treścią oferty, ale wypić Rum punch to raz tu „na balkonie” trzeba.

W drodze na szczyt

Kościół przed i po Berylu

Tylko widok na Tobago Cays pozostał niezmienny

Wartym przynajmniej plażowej wizyty na drinka z całą pewnością jest bar-restauracja The Ranch Escapade.
Jeżeli odległość nieco ponad pół godziny na piechotę będzie wydawać się zbyt długa (bliżej jest z Saline Bay), to dzwonicie tam (telefon w linku powyżej) i przywiozą, odwiozą Was bez dodatkowych dla was kosztów. The Ranch Escapade prowadzą go bardzo mili, kulturalni ludzie, a poziomem zabudowań i obsługi przewyższa wszystkie bary w Salt Whistle Bay. To bardzo urocze miejsce nad samą wodą z widokiem na Tobago Cays, gdzie pod słomianym daszkiem lub palemką i stopami w piasku lub obmywanymi falami, możesz nie tylko „sipać” drinki, ale również wrzucić coś luchowego na ząb. Doskonałe dla rodzin z dziećmi. Poczujesz się bezpiecznie, „cast away”, jakby wyjęty ze świata kolorowych „lokalesów” i odczujesz wdzięczność starającej się pary obsługi za to, że ich odwiedziłeś. Aż miło „tipa” zostawić. Jestem pod wrażeniem jak przy mizernych środkach, udało im się tam szybko podnieść po zniszczeniach „Beryla” z końca czerwca 2024.

TIP:
Jeżeli podczas twojej podróży będziesz przemieszczać się jachtem pomiędzy zatokami Salt Whistle Bay oraz Saline Bay, zaproponuj uczestnikom pieszą wycieczkę 1- way górę i w dół przez wieś, pomiędzy tymi zatokami, a sam przeprowadź jacht.

 

Kontakty (lista ciągłym rozwoju):
+1 784 529-9714 – Richard Maryeau, „Last Bar Before The Jungle”

Wyspa Maryeau – Beach Club and Villas

Mniej więcej w połowie odległości pomiędzy Salt Whistle Bay i Saline Bay spragnieniu luksusów mogą ich zaznać w Beach Club and Villas. To taka bogatsza oaza otoczona ubogimi peryferiami Maryeau. Inny świat znaczy.

Tłumów nie widać

Wyspa Maryeau – Saline Bay
Duża, dobrze osłonięta zatoka, wyraźnie większa od Salt Whistle Bay i wolna od lokalesów, co dla niektórych może okazać się dobrym argumentem „za”. Stają tu raczej na kotwicach prywatne jachty, a nie czarterowe, może właśnie prze ten „za”. Bliżej plaży jest kilka boi w cenie 60 EC za nocleg (2025).

Saline Bay to szeroka, długa plaża często z dość dużą falą przybojową. Dlatego swoje dingy pozostawiajcie przy drewnianym pomoście (na prawo od betonowego – handlowego). W tle plaży zadaszenia i miejsca do grillowania. Jak głębiej wejdziecie w las, to….dojdziecie do wysypiska śmieci. Znaczy lepiej nie zostawiać śmieci „obsłudze” na wyspie Maryeau, bo skończą jak inne.

Zdecydowanie bardziej atrakcyjna turystycznie jest Salt Whistle Bay, tak więc wchodźcie do Saline Bay raczej awaryjnie, lub „technicznie” np. wieczorem na „przyczajkę”, aby na drugi dzień przed południem szukać pool position w Salt Whistle Bay.

Tobago Cays

Nie być na Tobago Cays, to jak nie być na Grenadynach. Wizytę tutaj rozplanowuję zwykle na dwa noclegi. Pierwszy pomiędzy wyspami Petit Rameau i Petit Bateau…… z wizytą na „Lobstery u Kojaka” – tutaj.

Gdy brakuje miejsca przy samej grillowni, to część jachtów staje nieco poniżej, w osłonięciu wyspy Petit Rameau – tutaj.

Petit Rameau, Petit Bateau i Baradal – Voilà.

Gdzie by tu jakąś miejscówkę ogarnąć

Coś tam się znalazło

Opłata do Park Rangers jest stała – 60 EC od jachtu i 15 EC od osoby (styczeń 2025), niezależnie czy stajesz na boi czy kotwicy.

Podczas tego postoju skorzystajcie z chillout’u w cieniu palm gdzie posączycie sprzedawane tu drinki. Potem przejdźcie na nawietrzną plażę Petit Bateau i wdracie się ścieżką na zielone wzgórze robiąc wspaniałe zielono-błękitne fotki z góry, aby ostrzej zejść z powrotem do „grill spot”.

Wieczna plaża, co się rzadko zdarza

„Wędrówka” po Petit Remeau

Po drugiej stronie Petit Remeau

Eksploracje wiecznej plaży

Podczas wieczornego „lobserowego spędu” na Petit Bateau goście siadają tu na drewnianych ławkach przy stołach okrytych ceratami. Stali bywalcy dają zarobić swoim. Tak jak ja zwykle kieruję do „Kojaka”, tak inni kierują do „Big Mamma” lub do „Polska jest najlepsza” (tak ma wypisane na burcie). Grilluja ramie w ramię pod wspólnym dachem uzupełniając się i pomagając wzajemnie jak czegoś drugiemu braknie, a w zasadzie jego gościom. Wszyscy płaca też do Parku Narodowego za dzierżawę swojego miejsca pracy.

W zestawie jest zwykle na ciepło: przekrojona wzdłużnie połowa dużego lobstera, ryż, pieczone ziemniaki w polewie, plasterki bananów i jakaś surówka. Za takie „seto” zostawia się 150 EC, a żeby bardziej zracjonalizować sobie tę cenę, to dorzucamy w niej opłatę miejscową, klimat i towarzystwo.
Drinki (cola, piwo, woda) z przenośnej lodówki i rum punch osobno. Drogo ? Tak. Warto? Dla większości TAK.

Grill, lobster, grill, lobster…

 

Powoli żegnamy Petit Remeau

Na drugi dzień proponuję „5-minutową przestawkę jachtem” za wyspę Baradal – tutaj, tak, aby choć częściowo chroniła od wiatru. Po zawietrznej stronie wyspy, tu gdzie stoicie, miejcie oko na żółwie aż do samej plaży. Idźcie również na górę po widoki i… jaszczury.

Widokowy desant na Baradal

I foteczki można przejrzeć przy okazji

To przy Tobago Cays spotkałem kiedyś, po raz pierwszy Szymona Kuczyńskiego po jego pierwszej wyprawie „Solo setką przez Atlantyk.

Rodacy na kotwicowisku – Szymon, Dobrochna i „Setka”

Przykłady cen styczeń 2025:
195 EC – postój w Parku Tobago Cays (9 osób: 60 EC za jacht i  15 EC od osoby)
150 EC/os. – kolacja „Lobster set” Kojak

Kontakty (lista rozwojowa):
Grill z Captain Kojak tel. +1 784 530 4792
„Polska jest najlepsza” tel. +178 459 39 522

 

Petite Tobac

Gdy opuszczacie Tobago Cays, to okrążając rafę od zachodu, zajrzyjcie jeszcze na bezludną Petite Tobac. To tutaj kapitan Barbossa porzucił kapitana Jacka Sparrowa i Elizabeth Swann w filmie „Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły” (2003). Poczujcie się i Wy jak Robinson lub Piętaszek wchodząc choć na chwilę w klimat „Cast Away”.

W drodze do Petite Tobac. Po lewej burcie za rafą Tobago Cays

Petite Tobac, Tobago Cays – witajcie w strefie raf

Po przerwie, kiedy tam nie bywałem, ostatnio w styczniu 2025 Park Rangers po raz pierwszy zwrócili nam uwagę, że nasze kotwiczenie po zachodniej (zawietrznej) stronie wyspy (a zdarzało się w przeszłości i wjechać do środka między rafę) jest zakazane. Nie zdołałem niestety ustalić czy kręcenie się jachtem w pobliżu i wypuszczenie dinghy z gośćmi na brzeg również jest nieuprawnione, no ale pewnie nie. Niedługo będzie poprawka z mojej strony na ten temat. 

 

Jedni kotwiczą nawet w środku

Inni na zewnątrz, bez poszanowania rafy koralowej, znaczy się na „nielegalu”

Karaiby – wyspa Petit Tabac

 

Mopion

Mopion to szybka atrakcja desantowo-pocztówkowa na jedną godzinę. Stajecie na kotwicy po południowej stronie wyspy poza strefą raf.

Od północy, najszybciej dostaniecie się na Mopion przepływając jachtem pomiędzy Mopion i Sambar Island

Z kotwicowiska po S stronie Mopiona

Byłem mile zaskoczony jak po dewastującym Berylu z 2024, szybko na nowo postawiono tu kultowy słomiany daszek w kształcie parasolki – „Herb Mopiona”. Bez niego, ten skrawek czysto-piaszczystej plaży nie byłby tak często „zadeptywany” przez ochoczo przedostających się na Mopiona „pontoniarzy” jachtowych. „Cyk, cyk na miejscu i trzeba spadać, bo wiatr i fala tu zwykle większa jest.

Po prawej Petit Saint Vincent

Kotwicowisko za barierą raf

Kanał lewy, kanał prawy

….i w drogę

TIP:
Do wysepki dopływacie pontonem, wykorzystując jedno z dwóch przejść pomiędzy rafami – jedno od południa, a drugie od zachodu Mopiona.

 

Petit Saint Vincent

Kotwicowisko po południowo zachodniej i południowej stronie wyspy jest genialne – spokojne, piaszczyste, urokliwe, pozbawione nagabujących lokalesów. Niestety, jak w wielu już przypadkach, tu już „nie ma dzikich, dostępnych plaż”. No dobra są, ale dla gości reasort’u.

Na kotwicowisku przy Petit Saint Vincent

Frycowe za wejście do restauracji i baru

O ile kiedyś, rzeczywiście swobodnie zbierałem tu muszelki, nie bursztyny, to od kilku już lat, Petit St Vincent Resort stał się bardzo hermetyczny dla schodzących na wyspę odwiedzających.

Jeśliś zamożnym żeglarzem, rade sobie dasz. W 2023 roku sama wejściówka do restauracji kosztowała 100 USD. Konsumpcja dodatkowo. O ile nie będziecie tu gośćmi resortu lub nie zapłacicie „frycowego”, to pozostaje Wam moja pamiątka fotkowa. To samo tyczy się frywolnych spacerów po pięknej plaży Petit Saint Vincent.

Już swobodnie moimi śladami nie pójdziecie, ale próba (przecież nie namawiam) nie grozi niczym poważnym poza nakryciem dyskretnej ochrony.

A może tak po prostu popatrzeć, zamiast szarpać się ?

Witaj w krainie „ZONE PRIVE”

Za to kotwicowisko po SW i S stronie Petit S. Vincent jest super osłonięte, super piaszczyste i spokojne od zgiełku lokalesów i ciągłego ruchu na wodzie jak przy Tobago Cays. Jeżeli jednak Was nosi, a powinno w swej ciekawości świata, to tak w sumie na małym nielegalu, czyli adrenalince, bo bez odprawy (to już państwo Grenada) popłyńcie by dinghy kilka minut ślizgiem na wyspę Petit Martinique, i zacumujcie go przy tym pomoście>>

Taniej tu niż w kraju Saint Vincent & Grenadines, ale już nie jak w tym nad Wisłą. Spacerek po wiosce, zakupy, alko w dobrej cenie i lepszym wyborze dla ewentualnie potrzebujących, „pifko” w nadmorskim local-barze i lecim na jacht w kierunku Petit Saint Szczecin.

TIP:
Tu przy czole drewnianego pomostu możecie również zatankować jacht w paliwo i wodę. Uważajcie jednak czy aby w tym dniu nie ma tu za dużego swell’u. 

To idziemy dalej śladami Tomka…

 

 

Dalej będzie o Union, Canouan i szybszej drodze powrotnej przez St. Vincent i St. Lucia na Martynikę.


Stay tuned, more to sail…
kpt. Tomasz Bednarczyk

 

 

 

 

Pro-Skippers Group Sp. z o.o.

ul. Płochocińska 140 A
03-044 Warszawa

+48 22 243 09 00
info@pro-skippers.com

www.pro-skippers.com